„Boże Narodzenie w Bullerbyn” Astrid Lindgren, Zakamarki - recenzja

Mimo całej mojej miłości do książek, którą przejawiałam od wczesnego dzieciństwa „Dzieci z Bullerbyn” były pierwszą lekturą, jaka sprawiła mi kłopot. 
Zwyczajnie nie byłam w stanie przez nią przebrnąć. Dobrze pamiętam, jak jako mała dziewczynka umęczona czytałam lekturę po pół strony, byle wreszcie mieć ją za sobą. 
Dlatego chętnie sięgnęłam po „Boże Narodzenie w Bullerbyn”, by przekonać się czy w dorosłości moja opinia się zmieni.


Wprawdzie widzę idealistyczny opis szwedzkiej wioski oraz opis dzieciństwa, którego nie sposób nie wspominać z przyjemnością, jednak nic poza tym.
W pełni rozumiem zachwyt dorosłych nad dzieciństwem, jakie przeżyła autorka w wiosce Sevedstorp, która jest pierwowzorem Bullerbyn. Niestety sama opowieść nie porywa mnie w ogóle.
Wręcz przeciwnie – mimo ogromnego sukcesu „Dzieci z Bullerbyn” są dla mnie zwyczajnie nudne. W przypadku "Bożego Narodzenia w Bullerbyn" jest niestety tak samo.


Oczywiście możemy poznać tu zwyczaje szwedzkiej wioski, a także zachwycać się nad opisaną sielanką, która przedstawiona oczami dziecka nie ma najmniejszej skazy, jednak wciąż... nic poza tym. 
Nie widzę tu żadnej akcji czy kawałka ciekawszej fabuły ani zabawy, ani morału. Ot, zwykłe opowiadanie, przywodzące mi na myśl ucznia poproszonego w szkole o opisanie swoich świąt po przerwie zimowej.


I do tego regularne "my dzieci z Bullerbyn" jest dla mnie zabiegiem niezrozumiałym, niepotrzebnym i zupełnie nienaturalnym.

Co więcej, uderzyło mnie w opowieści Lisy również stwierdzenie „Bałam się, że mama może nie zdążyć ze wszystkim. A wtedy to nie będzie prawdziwe Boże Narodzenie”. 
To znak przeszłości zmuszający myśleć, że jeśli nie zdążymy dokładnie z 12 potrawami, wypucowaniem wszystkich okien i wypastowaniem na błysk podłóg, to święta się nie udadzą. Podejście w tym stylu może kiedyś było normalne, dziś wolałabym skupić się na tym co jest naprawdę ważne, bez względu na to czy wszystko na święta zostanie przygotowane tak jak zaplanowano. 
I zdecydowanie nie chciałabym zarazić swoich córek stresem przed świętami – czy aby na pewno wszystko będzie perfekcyjnie, bo inaczej nie będzie wystarczająco świątecznie.


Zdaję sobie sprawę, że „Boże Narodzenie w Bullerbyn” jest opowiastką wiekową, tak więc nie komentuje również nieurzekających mnie ilustracji, które pewnie w tamtych latach były czymś rewelacyjnym, robiącym furorę. O ile jeszcze pejzaże prezentują się całkiem nie najgorzej, tak niektóre twarze nieco mnie przerażają. 


Jestem ciekawa Waszych opinii, zwłaszcza, że wiem, że „Boże Narodzenie w Bullerbyn” cieszy się niemałą popularnością, której powody chętnie poznam.

Szukając iście świątecznej pozycji zajrzyjcie koniecznie do „Kominiarza na święta”, a jeśli potrzebujecie uniwersalnej książeczki, przedstawiającej świat oczami dziecka, koniecznie przeczytajcie recenzję „Myszki Hani” - naszego najnowszego hitu 😉


Nie zapomnij także podzielić się recenzją z przyjaciółmi.👀
👇👇👇👇👇👇👇👇👇👇👇👇👇👇👇👇👇👇👇

Komentarze