poniedziałek, 18 czerwca 2018

"Mała zła książka" Magnus Myst - recenzja




Choć „nie ocenia się książki po okładce” są takie pozycje obok, których trudno przejść obojętnie.

„Mała zła książka” to z pewnością jedna z nich. 

W końcu sam tytuł jest intrygujący, a z twardej oprawy łypie na nas niby-straszna niby-bestia. 
Aż chce się zajrzeć do środka i dowiedzieć w czym rzecz. Niby-bestia ma w sobie bowiem coś uroczego, jakby za chwilę miała się jednak roześmiać.




"Mała zła książka" - wydanie 

Będąc już przy okładce, trzeba przyznać, że wydanie „Małej, złej książki” to kawał dobrej roboty! Wszystko dopięte jest na ostatni guzik, tworząc spójną całość.
Rogi książki wykończone grubszą fakturą, wnętrze prezentujące ilustracje dodające treści dreszczyku, a do tego tła, cienie i jedna z moich ulubionych, ułatwiających czytanie czcionek.


Nie byłabym prawdziwym bibliofilem gdybym nie wspomniała o fantastycznym zapachu naszego nowiutkiego egzemplarza, który uprzyjemniał mi wszystkie chwile z książką. A musicie wiedzieć, że nie każda „nóweczka” cieszy się takim walorem, podobnie jak nie każdy papier jest tak przyjemny w kontakcie z czytelnikiem.

Mała zła książka - treść 


Pozostawiając zmysłowe odczucia na boku, przechodzimy do meritum – a więc do samej treści.

„Mała zła książka” nie rozczarowuje – to na pewno. 
Tak jak się spodziewałam jest to pozycja wyjątkowa. Wyjątkowa, bo zmusza do myślenia, dyskusji, powinna wzbudzić kontrowersje. 

Dlaczego? O tym za chwilę – najpierw przejdźmy do plusów!

Największym z nich jest świetna zabawa.

Ile razy czytając nudną lekturę, spoglądałeś ile stron gehenny jeszcze przed Tobą? Albo czytając wciągający dreszczowiec, patrzyłeś jak jeszcze daleko do końca, bo nie mogłeś się doczekać zakończenia? Tu nie masz takiej możliwości. Zgodnie z zapowiedzią „Małej, złej książki” nie czyta się klasycznie.

Co kilka stron czytelnik otrzymuje zadanie, po rozwiązaniu którego przedostaje się w zupełnie inną część książki. Dopóki nie otrzymasz informacji, że to już koniec przygody, nie wiesz ile jeszcze przed Tobą, nawet jeśli teoretycznie znajdujesz się na przedostatniej stronie.


„Mała zła książka” pragnąc stać się naprawdę złą, nieustannie prowadzi rozmowę z czytelnikiem. Czasem zastanawiałam się czy nie rozmowę zbyt „na siłę”, zbyt próbującą być „cool”, nie mam jednak wątpliwości, że do dziecka wchodzącego w nastoletniość styl ten przemówi.

Co więcej, to także wyróżnia tę pozycję – to nie nudna opowieść, to najprawdziwsza w świecie rozmowa, w której bierzesz czynny udział, odpowiadając na pytania i rozwiązując łamigłówki.

Co do samych łamigłówek – świetny pomysł i naprawdę godne uwagi wykonanie. Dla 8- czy 10- letniego dziecka mogą stanowić naprawdę ciekawą rozrywkę i urozmaicenie, jednak tu pojawiają się kontrowersje, o których wspomniałam.

Pierwszą z nich, która pojawia się już na wstępie jest.. iście złe... tak jak tytuł książki... zachęcenie do … kłamstwa.
Wiem, wiem – to tylko zabawa – to tylko książka – dziecko nie musi i nie powinno brać jej na serio. Ale jednak niesmak pozostaje, wydaje mi się, że przede wszystkim ze względu na temat kłamstwa



Nasuwa mi to internetowe ramki „wchodząc dalej, oświadczam, że mam 18-lat” - no przecież to tylko niewinne kłamstewko. Trochę jak starszy kolega, zachęcający dla zabawy młodszego podlotka do wypicia pierwszego piwa.
Cóż, może to moja nadwrażliwość? – ale chciałabym, by książki były jednak w pełni dobre... uczyły i wartościowały. Tu właśnie pojawia się moja wątpliwość jak zareaguje 8- czy 10-latek na takie „przyzwolenie” na kłamstewka dla zabawy.

Z resztą to nie jedyna kontrowersja, która ma tu miejsce.
Jest jeszcze, w moim odczuciu, wykpiwanie posłuszeństwa. Nigdy nie należałam do zwolenników tej cechy charakteru, zwłaszcza w stopniu przesadnym, jednak poniższy cytat jest dla mnie chyba przesadą. Coś w stylu „jak chcesz być posłuszny, to biegnij do mamusi”. Cóż, nie podoba mi się.



Czy to oznacza, że książka nie warta jest uwagi? Wręcz przeciwnie.
Przede wszystkim jestem przekonana, że znajdą się zwolennicy tego stylu. 
Co więcej, wbrew pozorom, daje ona płaszczyznę, wyjście do rozmowy, przemyślenia pewnych „trudnych” tematów. A może nawet spraw, które stają się rzeczywiście obiektem kpin i żartów wśród rówieśników? Sama „Zła książka” w pewnym momencie dywaguje czy tak naprawdę warto być takim złym, czy to takie fajne? 
To naprawdę bardzo fajny sposób na ugryzienie bardziej złożonych tematów, jeśli tylko rodzic zada sobie minimum trudu i przeczyta książkę, by potem móc razem z dzieckiem prowadzić właściwie dialog.
Na marginesie „Mała zła książka” zwraca też uwagę na sprawy codzienne, a jakże doniosłe – choć nie jestem pewna, czy dziecko zauważy tę ponadczasową prawdę, tak jak ja i pewnie większość dorosłych.



„Jesteś jeszcze młody i masz go bardzo dużo. Niemal tego nie zauważysz”. 
No właśnie – przypomnijcie sobie ten czas, kiedy mieliście wystarczająco dużo czasu, by nie zauważyć jego straty...

Mała zła książka straszy 😉 


Kolejną fajną dla wielu i przerażającą dla kolejnych „wielu” kontrowersją jest fakt, że mała zła książka to na pewno pozycja dla maluchów o mocnych nerwach. Mamy tu dużo obrzydliwości, brzydkich zapachów i ogólnie wszystkiego co fuj, ble i... przez to takie... „cool”. 
Mamy też sporo „zgonów” jak na lekturę dla dzieci i to zgonów nie byle jakich. 
To kolejny aspekt, który poróżni czytelników – bo czy powinno się żartować z takich rzeczy – a może to właśnie fajny sposób na oswojenie dzieci z tematem przemijania? A może to tylko środek do celu – by po prostu dobrze bawić się przy lekturze, bez głębszych przemyśleń?

Jestem przekonana, że mając 8 czy 10 lat miałabym dreszcze czytając tę książkę i jeszcze długo później. Raczej nie byłam zbyt odważnym czytelnikiem – widzę jednak oczyma wyobraźni wielu moich rówieśników z tamtego okresu, którzy zaśmiewaliby się z każdej, co straszniejszej historii, świetnie się bawiąc.

Podsumowując „Mała zła książka” to publikacja na pewno warta uwagi, która wbrew temu o czym zapewnia, nie jest taka zła, bo nie okradnie Ciebie i Twojego dziecka z Waszego czasu. Podsunie wiele tematów do dyskusji, a może nawet pozwoli na bardziej otwartą rozmowę o sprawach, których dotychczas nie umieliście ugryźć lub które po prostu nie wydały Wam się jeszcze istotne.

A jeśli nawet nie to – to na pewno zagwarantuje Twojemu dziecku fajną zabawę z dreszczykiem grozy. Możesz być pewny, że nie jest to książka, którą odłożysz na półkę i zakopiesz w otchłani swej niepamięci. 
To jedna z tych pozycji, która pozostają z czytelnikiem przez przynajmniej kilka dni, a może nawet dłużej. Trudno się dziwić, w końcu przez przeszło 100 stron zdążyliście się już zaprzyjaźnić...


4 komentarze:

  1. Podoba mi się, że pokazane zostały zdjęcia, ponieważ bardzo mnie interesowało wnętrze :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam, będziemy czytać! Wygląda super :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ekstra! Dajcie znać jakie wrażenia ;)

      Usuń